Julio Iglesias
Julio Iglesias
Julio Iglesias - jego charakterystyczny głos znany jest na całym świecie. Nawet ci, którzy go nie lubią, przyznają, że to wybitny piosenkarz. Zdobył 1500 złotych i platynowych płyt. Jego albumy sprzedały się do tej pory w łącznym nakładzie 220 mln sztuk. Ma sławę wielkiego uwodziciela - prasa pisze raz o kilku setkach, a raz o kilku tysiącach jego kochanek. Jedno jest pewne: miał do tej pory tylko jedną żonę, czarnowłosą Filipinkę Isabel Preysler, a z nią troje dzieci. Od kilku lat towarzyszką jego życia jest była modelka, jasnowłosa Holenderka, Miranda Rijnsburger. Julio wydaje się dziś szczęśliwy, spełniony jako artysta i mężczyzna.


Julio, niedawno skończyłeś 55 lat. Czy to dużo, czy mało?

Dla mężczyzny to mało, dla artysty - dużo.

Jesteś ojcem trojga dorosłych dzieci i malutkiego synka. Czy dziś przeżywasz ojcostwo inaczej niż kiedyś?

O, tak! Kiedy urodziła się pierwsza trójka, byłem bardzo młody i często uciekałem od obowiązków rodzicielskich. Nie mógłbym wówczas nazwać siebie świadomym ojcem! Mimo to dzieci wyrosły na wspaniałych ludzi. Dziś jestem inny. Staram się spędzać jak najwięcej czasu z moim synkiem Miguelitem, często biorę go ze sobą w podróż. Dziękuję Bogu za to, że mi go dał.

Jeden z Twoich starszych synów, Enrique, dziś rywalizuje z Tobą. Byliście obaj bohaterami muzycznego pojedynku w czasie uroczystości rozdania nagród Grammy dla najlepszego hiszpańskojęzycznego piosenkarza. Jak się wtedy czułeś?

Z własnymi dziećmi się nie rywalizuje. To prasa w poszukiwaniu sensacji wymyśla tego typu komentarze. Obaj moi starsi synowie: Enrique, który odnosi wielkie sukcesy artystyczne, i Julio, który niedługo wyda piękną płytę, są częścią mojego życia, ale ich kariery rozwijają się niezależnie ode mnie. Życzę im, żeby ludzie ich lubili i słuchali tak jak mnie przez 30 lat i żeby będąc w moim wieku mieli takie same iskry w oczach, jak ja dzisiaj!

Krążą o Tobie przeróżne opowieści. Podobno bierzesz w podróż, z domu, wodę do mycia włosów i nie pijasz innego czerwonego wina niż rocznik 89. Czy wszystkie tego typu historie także wymyśla prasa, czy rzeczywiście masz tak wiele kaprysów?

Kaprysy to ludzka rzecz i, niestety, wszyscy je miewamy. Ale moim największym kaprysem jest moja publiczność, którą uwielbiam i bez której bardzo źle się czuję. Dlatego staram się zaspokoić jej wymagania: dbam o wygląd, chcę się podobać. Oczywiście mam też swoje słabości czy zachcianki - to prawda, że lubię czerwone wino, ale któż go nie lubi? Jeśli możesz pić dobre wino, robisz to - ja chciałbym, żeby wszyscy mogli zaspokajać tego typu kaprysy. Szkoda, że nie każdemu jest to dane.

A co robisz z nagrodami, które otrzymujesz? Jest ich tak wiele! Masz dla nich specjalny pokój?

Nie przywiązuję zbyt wielkiej wagi do nagród. Zachowałem sobie właściwie tylko jedną. Otóż kilkanaście lat temu trafiłem do Księgi Rekordów Guinnessa jako piosenkarz, który sprzedał największą liczbę płyt, śpiewając w największej liczbie języków. To było niesamowite! Nigdy wcześniej nie przyszło mi nawet do głowy, że mógłbym się tam znaleźć. I tę nagrodę mam u siebie. Innych nie, bo najważniejsze są dla mnie oklaski i serdeczność, jaką od tylu już lat okazuje mi publiczność od Finlandii po Chile.

Twoja najnowsza płyta "Mi vida", czyli "Moje życie", zawiera wszystkie Twoje największe przeboje. Na okładce umieściłeś zdjęcia z rodzinnego albumu, a także takie, na których jesteś z innymi piosenkarzami. Czy ta płyta to podsumowanie Twojej kariery?

To raczej podsumowanie pewnego etapu mojej kariery, a właściwie trzech etapów. Ja tak naprawdę dopiero teraz zaczynam śpiewać, choć niektórym wydaje się, że 25 czy 30 lat śpiewania to dużo. Tak myślą młodzi, ale to przecież mało, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, że są artyści kontynuujący karierę z powodzeniem nawet w wieku 90 lat! Tak więc ta płyta to podsumowanie pierwszych 30 lat mojej pracy: są tu piosenki, które układałem jako bardzo młody człowiek, są i te z czasów, gdy odkryłem dla siebie muzykę anglosaską, a wreszcie i te z ostatnich lat, kiedy zacząłem śpiewać po prostu to, co lubię, w kilku różnych językach.

A więc wracając do pierwszego pytania, 55 lat to jednak mało dla artysty?

Jeśli robi się coś porządnie i z sercem, to rzeczywiście niewiele.

Czy możesz opowiedzieć o swoich doświadczeniach z filmem? Pierwszą nagrodę w życiu otrzymałeś za piosenkę "La vida sigue igual". Potem zagrałeś z powodzeniem w filmie o tym samym tytule. Czy nigdy więcej nie kusiło Cię kino?

Nie, ja jestem bardzo złym aktorem, właściwie okropnym! Wstydzę się oglądać siebie na ekranie. Stale otrzymywałem propozycje grania w filmach i zawsze odmawiałem!

Czy zastanawiasz się czasami, jak wyglądałoby Twoje życie, gdyby nie zdarzył się wypadek, który zrujnował Twoja karierę sportową, kiedy miałeś 21 lat?

Okropnie nieciekawe. Zostałbym nudnym, sfrustrowanym adwokatem. Oczywiście, człowiek nie wie, jak mogłyby potoczyć się jego losy, a więc zwykle po prostu żyje dalej. Ale ja dziś wiem, co bym stracił, i jak wielką szansę otrzymałem od Boga: szansę poznawania ludzi, różnych kultur, cieszenia się energią, którą dają koncerty... Nie wyobrażam sobie innego życia.

Bardzo dużo pracujesz - koncerty, próby, podróże, wystąpienia publiczne. Czy to znaczy, że Twoja przyjaciółka Miranda spędza czas prawie zawsze samotnie w Waszej posiadłości w Miami?

Jestem w domu dużo częściej niż się wydaje, bo moim domem jest scena. I tak będzie zawsze, do końca życia. Ludzie to rozumieją, bo publiczność jest dla mnie najważniejsza.

I Twoja rodzina także to rozumie?

Gdyby tego nie rozumiała, nie byłbym z nią szczęśliwy.

A co Miranda sądzi o opinii uwodziciela, która Cię otacza od wielu lat?

Miranda jest zachwycona! Ona wie, że ja zawsze flirtuję - z kobietami, z życiem. Gdybym nie mógł flirtować, umarłbym. To moja wrodzona cecha. Jednym Bóg ją daje, innym nie. I nie jest to kwestia wyglądu zewnętrznego, to po prostu element osobowości - uwodzicielskość. Gdyby Miranda chciała mi to odebrać - zabiłaby mnie.

I nigdy nie jest zazdrosna?

Nie, bo ona wie, że ja zawsze flirtuję, ale ją kocham, kocham naszą rodzinę i nasze szczęście.

Do niedawna nie chciałeś nic mówić o tym, czy się pobierzecie, czy nie. Ale dziś, gdy Miranda oczekuje drugiego dziecka, co odpowiadasz na pytanie o ślub?

Mówię: Miranda nie chce za mnie wyjść.

I tak jest naprawdę?

Zaproponowałem jej, żebyśmy wzięli ślub pod koniec grudnia. A ona na to: Nie, nie, poczekajmy, aż urodzi się maleństwo... Relacje między ludźmi są bardzo skomplikowane. Miłość nie jest logiczna. W miłości jest tyle rozmaitych niuansów, delikatności... Ludzie myślą, być może, że ja nie chcę się ożenić. A może to ona nie chce za mnie wyjść, a może okoliczności nie sprzyjają małżeństwu, albo nie chcemy się pobrać, a może jesteśmy sobie bardziej poślubieni niż kiedykolwiek... Kto to może wiedzieć?

Jak wygląda Twój zwykły dzień, kiedy nie jesteś w trasie, np. o której wstajesz?

Zawsze wstaję - i jest to chyba mój największy przywilej - 8 godzin po położeniu się spać. Ale to wymaga pewnej dyscypliny. Jeśli są sprawy, które to uniemożliwiają, należy je odłożyć. To kwestia odpowiedzialności - nie można niedosypiać, jeśli chce się dobrze śpiewać.

Skoro o tym wspomniałeś, mógłbyś zdradzić, jakie są Twoje sekretne sposoby na to, aby utrzymać głos w doskonałym stanie?

Nie mam żadnej magicznej recepty, zresztą mój głos wcale nie jest tak doskonały. Ale jeśli nie śpiewa się wysoko, to dbanie o głos nie jest takie trudne. Piosenkarze śpiewający ballady, jak Frank Sinatra czy Nat King Cole, zachowują swój głos przez całe życie... My nie jesteśmy śpiewakami operowymi, którzy w śpiewanie wkładają mnóstwo wysiłku i muszą cały dzień odpoczywać, aby zregenerować siły. My mamy przywilej stylu i to o styl musimy dbać. Najtrudniejsze są dla nas sytuacje, gdy chcemy zaśpiewać coś inaczej niż zwykle.

Czy stosujesz jakąś specjalną dietę?

Nie, jem wszystko, co lubię. Ale za to staram się uprawiać jak najczęściej sport. To prawda, że kondycję mam słabszą niż kiedyś i że dłużej muszę się leczyć, jeśli złapię grypę. Ale mój talent ma się zdecydowanie lepiej, bo dziś wiem, jak go rozwijać.

Śpiewasz aż w sześciu językach. Czy to wrodzone zdolności, czy efekt licznych podróży?

Cóż... miałem w życiu do czynienia z tyloma kobietami... Musiałem się z nimi jakoś porozumiewać!

Czy opublikujesz kiedyś swoje wspomnienia? Byłaby to fascynująca lektura!

Nie, wstydziłbym się opowiadać o wszystkich moich grzechach - ludzie nazwaliby mnie bezwstydnikiem! Naprawdę wiele w życiu nagrzeszyłem... Ale dziś już jestem inny, prowadzę życie o wiele bardziej świadome. Zresztą kiedyś też popełniałem tylko grzechy powszednie, nie mam na sumieniu niczego, co musiałbym ukrywać na Sądzie Ostatecznym, na którym przecież i tak nie da się niczego ukryć. Na pytanie: "Byłeś bezwstydny?" odpowiem: "Tak!". "Jesteś winny" - "Tak!". Nie będę musiał, na szczęście, kręcić i kłamać, jak biedny Clinton.

A więc niczego nie żałujesz?

Niczego, oprócz nieudanych koncertów, np. tego w Polsce. Byłem tam tylko raz, przejazdem, i właśnie wtedy zamiast zaśpiewać dobrze, zaśpiewałem źle! To była wina naszych techników. Pamiętam, że zapytałem menedżera mojej trasy koncertowej: Jak to możliwe, że akurat dziś, gdy po raz pierwszy śpiewam w kraju, do którego od dawna chciałem przyjechać, są problemy techniczne? I po 10 latach współpracy zwolniłem go, dlatego właśnie, że nie udał się koncert, na którym tak bardzo mi zależało. Chciałbym naprawić to złe wrażenie. Planuję trasę koncertową po krajach Europy Środkowej i Wschodniej na najbliższe lato.

Czekamy na Twój przyjazd. Dziękuję za rozmowę.
 
Rozmawiała Monika Luft
"Pani", nr 1, sierpień 1999
 
Kliknij aby napisać list do Moniki